“Solve for Happy”, Mo Gawdat

Dawno już mnie książka tak nie rozczarowała. Słuchałam na youtube wywiadu z autorem i naprawdę się cieszyłam, że będę mogła poczytać, o czym pisze. Oczekiwałam solidnego, opartego o naukowe źródła rozważania na temat szczęścia, a dostałam...

DSC_3110.JPG

No właśnie. Po pierwsze i najważniejsze: o czym ta książka jest. Wbrew wypowiedziom autora nie jest to ani naukowa analiza ani poradnik jak być szczęśliwym. Jest to bardzo osobisty opis konkretnego człowieka, który był bardzo niezadowolony w swoim obiektywnie udanym życiu i znalazł sposób myślenia, który pomógł mu odzyskać spokój i radość. Ten sposób zadziałał nawet w momencie, gdy spotkało go straszne nieszczęście. To jest książka o tym, jak Mo Gawdat, autor, radzi sobie ze strasznym bólem utraty bliskiej osoby. To jest książka terapeutyczna - dla niego. Widać, że dla autora jednym z elementów pogodzenia się z nieoczekiwaną śmiercią jest przekucie tego smutnego doświadczenia w opowieść, która mogłaby pomóc ludziom. Jak się patrzy na książkę z tej perspektyw, to czyta się całkiem znośnie - i nawet jest w pewien sposób przejmująca, szczególnie w momentach, gdy autor zaleca nam karmienie się iluzją, jeśli tylko uczyni nas to szczęśliwszymi.

Jaki mam więc problem? Otóż ta książka nie jest pisana jak pamiętnik osoby zmagającej się z trudną sytuacją. Jest pisana jako podręcznik, jak ty masz myśleć, żebyś ty była szczęśliwa - z myślami do zapamiętania, z poradami, z ponumerowanymi prawdami, iluzjami i błędami. Pisana jest tak, jakby mogła się odnosić do wszystkich - ale jest opisem tylko tego, co zadziałało w jednym bardzo konkretnym przypadku.

W “Thinking, Fast and Slow” Daniela Kahnemana jeden z rozdziałów poświęcony jest “złudzeniu umiejętności”. Eksperci poddają się często iluzji, że rozumieją jakie zasady rządzą ich dziedziną i że potrafią przewidzieć, co będzie dalej. Czasem to przeświadczenie ma uzasadnienie, czasem nie. Zwykle można zaufać ekspertom, którzy przeanalizowali wiele przypadków i w krótkim czasie dostawali odpowiedź zwrotną, czy ich ocena była słuszna. Dodatkowo, im mniej niepewności jest wbudowanej w daną dziedzinę, tym ciężej o ocenę lepszą niż losową.

W życiu ludzkim bardzo wiele zależy od przypadku, Mo Gawdat przeanalizował sytuację jednej, konkretnej osoby (siebie) i pokazuje nam swój sposób myślenia. Nie mamy pojęcia w jakim stopniu to myślenie się przyczyniło do tego, że czuje się szczęśliwy. Ani które elementy jego filozofii życiowej naprawdę miały znaczenie. A na ile to kwestia czynników losowych, o których autor może nawet nie mieć pojęcia (zmiana diety, wiek, konkretna przeczytana książka?). Nie mamy też pojęcia na ile te sposoby mają zastosowanie do innych osób, inaczej wychowanych, z innymi problemami, z innymi doświadczeniami, o innej konstrukcji psychicznej. Autor nie pokusił się nawet o próbę zastanowienia, na ile to, co pisze może być dla kogoś pomocne.

Więc dobrze, powiedzmy sobie jasno: to nie żaden podręcznik, tylko pamiętnik. Ale wiecie, jest coś naprawdę smutnego w czytaniu przemyśleń osoby, która jest przekonana, że pisze i myśli bardzo mądre rzeczy, a tak naprawdę bardzo często jego poglądy są wewnętrznie sprzeczne albo niespójne, albo są typowym pobożnym życzeniem.

Autor na przykład dowolnie żongluje definicjami słów. W rozdziale poświęconym naszemu myśleniu autor odróżnia mózg (który nie jest “mną”) ode “mnie” (prawdziwe ja). “Ja” to jest coś bliżej nieokreślonego, a mózg to tylko narzędzie z którego “ja” korzysta. Nie upieram się, taki podział może mieć sens - ale nie w momencie, kiedy w zależności od potrzeb narracji w danym akapicie zmienia się znaczenie tego słowa! Mózg czasem służy do podejmowania decyzji, a czasem to “ja” te decyzje podejmuje. Czasem zarówno myślenie odruchowe i myślenie świadome jest funkcją mózgu, a czasem mózg to tylko ten fragment, który generuje strumień myśli ułożonych w słowa. Czasem mózg steruje naszymi organami wewnętrznymi, a czasem jest to poza jego kontrolą. Słowo, które z paragrafu na paragraf za każdym razem ma inne znaczenie przestaje wreszcie mieć jakiekolwiek znaczenie.

Książka podzielona jest na trzy części:
  • Największe iluzje (mózg, ego, wiedza, czas, strach)
  • Co jest prawdziwe?
  • Najważniejsze prawdy:
    • “Teraz” to wszystko co masz
    • To od nas zależy, czy jakieś zdarzenie jest dobre, czy złe (dla nas)
    • Miłość jest najważniejsza
    • Istnieje życie po śmierci
    • Istnieje Stworzyciel

Już z samego spisu treści widać, że autor przedstawia nam bardzo subiektywną listę przekonań, które były pomone w jego własnej sytuacji. “Życie po śmierci” nie jest prawdą - jest opinią, wierzeniem autora. Może jest prawdziwe, może nie - ale autor nie daje nam żadnych argumentów popierających swoją tezę. Za to wyraźnie pokazuje nam, że uważa, że może ze słowami zrobić co tylko chce. Ten pogląd jest dla mnie ważny? Spoko, umieszczę go w rozdziale zatytułowanym “Prawda”. Prawda znaczy coś innego, niż “coś, co bym bardzo chciał żeby było prawdziwe?”. Trudno, chrzanić to. Ja będę miał swoją definicję prawdy.

To nie tak, że wszystko tam jest złe. Jest na przykład świetny rozdział na temat radzenia sobie z irracjonalnym strachem: seria pytań, które możemy sobie zadać, by wiedzieć, czy rzeczywiście jest sens się bać. Fajne jest też to ciągłe przypominanie, że szczęście zależy od nas, a nie od okoliczności.

Jedna z pięciu “Najważniejszych prawd” autora to “Miłość jest najważniejsza”. Oryginalne prawda? Nigdy wcześniej nikt na to nie wpadł. Ale autorowi nie chodzi o zwykłą miłość, tylko o miłość prawdziwą, miłość bezwarunkową. Żeby to wyjaśnić, podaje przykład “I love butterflies” oraz “I love my daughter”. Bo to te same pojęcia, prawda? Dla mojego polskiego ucha jest to przeraźliwy zgrzyt. Nigdy w życiu bym nie przyrównała “kochania motyli” do miłości rodzicielskiej. W ogóle bym nie użyła tego samego słowa, tak odległe to są dla mnie pojęcia. Dla mnie “I love butterflies” to po prostu “Podobają mi się motyle” - i tyle.

Właściwie to jest niesamowite - teraz sobie myślę - że pisząc o miłości idealnej autor w wielu miejscach powtarza słowa św. Pawła: Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się gniewem, nie cieszy się z niesprawiedliwości… Tak, to wszystko tam jest - i nie bez kozery. To, że my ludzie potrzebujemy miłości i że mamy olbrzymią potrzebę kochania, to prawda stara jak świat, którą co i rusz odkrywamy na nowo. Ale autor pisze o tym tak, jakby nie było to tylko jego osobiste odkrycie, ale jakby naprawdę nikt nigdy wcześniej nie miał nic do powiedzenia na ten temat. Żadnej bibliografii :)

“ >> The more love you give, the more you get back. << I wish there were scientific studies to prove this so I could dazzle you with a chart or an impressive stat. Love is not a widely researched topic in science, but consider this analogy...” (>> Im więcej miłości ofiarowujesz, tym więcej jej dostajesz w zamian<< Och, gdyby tylko istniały jakieś naukowe badania by to potwierdzić, to mógłbym was oczarować wykresem albo danymi statystycznymi. Miłość nie jest szeroko badanym tematem w nauce, ale popatrzcie na tę analogię…[tłumaczenie moje] ). ŻE CO??? A Dan Ariely? Dan Gilbert? Bogdan Wojciszke? John i Julie Gottman? To są nazwiska naukowców zajmujących się tematyką miłości, z którymi zetknęłam się ja sama - nigdy nie interesując się specjalnie tematem. Nie wspominając już, że cała teologia chrześcijańska bazuje na Miłości i rozważań, encyklik, przemyśleń itd na ten temat jest od groma. O co więc chodzi? Autor mówi: wszystko co piszę nie ma żadnych naukowych podstaw (nie czytałem żadnych naukowych prac na ten temat). Piszę o tym, bo tak mi się wydaje. No super. Mojej fryzjerce też się wydaje, że wie wszystko na temat miłości. Przepraszam bardzo, to nie jest powód dla którego sięgnęłam po tę książkę - żeby przeczytać co się komuś bez żadnego uzasadnienia wydaje (i bez poczucia, że to uzasadnienie jest potrzebne!).

A jak mamy się nauczyć kochać siebie? To nie jest trudne. “After all, you’re a mammal. And mammals instinctively care for the newborns, who are not yet ready to take on the world.” (“Przecież jesteś ssakiem. A ssaki intuicyjnie troszczą się o swoje nowonarodzone młode, które jeszcze nie są gotowe do stawienia czoła światu.[tłumaczenie moje]”). O tak. Szczególnie tata nosorożec ma ten instynkt ojcowski. A mama kotka to normalnie co roku swoim dzieciom kartki na święta wysyła. Ja wiem, że to tylko takie motywacyjne porównanie - ale znowu, zrównywanie ludzkiej miłości do instynktu macierzyńskiego zwierząt tylko rozmydla pojęcie miłości - w efekcie czytelnik naprawdę nie ma pojęcia o co chodzi.

Nad jednym się jeszcze zatrzymałam. Autor twierdzi, że kochanie wszystkich i wszystkiego daje radość, a tym samym szczęście - i że dlatego miłość jest taka ważna, najważniejsza. Nie będę się z tym kłócić - to jest coś z czym zgadzam się intuicyjnie. Ale pomyślałam sobie, że alternatywnym tokiem myślenia byłoby: człowiek potrzebuje sensu w życiu. Jeśli robi to, co - w jego mniemaniu - nadaje jego życiu sens, to czuje się szczęśliwy. Jeśliby tak było, to nie miłość sama w sobie, ale przekonanie, że miłość jest tym, co w życiu powinniśmy czynić, byłoby przyczyną znajdowania szczęścia w kochaniu. Po poważnej książce oczekiwałabym rozważenia kilku alternatywnych opcji.

W książce znajdziemy też ciekawy przykład, jak człowiek potrafi sobie świetnie radzić w osiąganiu szczęścia. Jak mózg ludzki ślicznie potrafi sobie poradzić z różnymi sprzecznymi myślami i pragnieniami. Otóż ostatni rozdział poświęcony jest kolejnej z tych pięciu “Najważniejszych Prawd” (pamiętacie, jadą z nich była prawda, że “miłość jest najważniejsza”): że istnieje Stworzyciel/Projektant świata. Myślicie, że to oznacza, że autor wierzy w Boga? O nie, to byłoby za proste. Autor wyjaśnia nam, że nie rozumie teorii ewolucji. Wyjaśnia nam to bardzo ciekawie, mówiąc, że jednym z elementów tej teorii jest założenie, że powstawanie kolejnych form życia opiera się na losowych zmianach. Następnie pokazuje, że nie da rady, by tak skomplikowany mechanizm jak ciało człowieka powstał losowo. Z tego wnioskuje, że co prawda teoria ewolucji jest prawdziwa (bo przecież nie będzie podważał autorytetów naukowych!), ale najwyraźniej nie jest do końca prawdziwa, najwyraźniej są w niej luki. I z tego płynnie wysnuwa wniosek, że w takim razie powstanie naszego świata musiało być przez kogoś zaplanowane. Z tego wnioskuje istnienie Stworzyciela - choć odrzuca możliwość jego ingerencji w naszą rzeczywistość, poza stworzeniem praw rządzących naszym światem. A z tego (również bez żadnego uzasadnienia) wnioskuje, że ten świat ma sens.

Gdzie tu jest problem? Po pierwsze każdy, kto cokolwiek czytał na temat ewolucji wie, że zdecydowanie NIE JEST to proces losowy. Są całe książki, które tłumaczą, że ewolucja jest zaprzeczeniem losowości. Że ewolucja jest właśnie odpowiedzią na doskonale rozumiany w świecie naukowym fakt, że nie da się stworzyć człowieka, ani nawet bakterii, mieszając długo w probówce odpowiednie atomy. Podświadomie oczekiwałam odnośnika do Ślepego Zegarmistrza albo innej podobnej książki - ale nie. Zero literatury, żadnej stosownej bibliografii.

Są ludzie, którzy spędzili całe życia badając teorię ewolucji. Którzy oglądali ją z różnych stron, próbując znaleźć luki. A nie znalazłszy - próbowali opisać w sposób zrozumiały dla zwykłego człowieka. Ale autor “Solve for Happy” nie próbuje się odnieść do ich pracy. Zakłada, że on znalazł lukę - i przyjmuje, że oznacza to, że ta teoria nie jest prawdziwa. A nie że on, inżynier programista, nie do końca zrozumiał zawiłości biologii. Czy gdybym ja napisała, że widzę luki w teorii strun, więc na pewno musi istnieć Wielki Fizyk, który tym wszystkim steruje - ktoś potraktowałby to na poważnie?

Ale to nie wszystko. Bo przecież oczywiście teoria ewolucji może być do jakiegoś stopnia błędna albo niekompletna. Tutaj pojawia się jednak kwestia druga: założenie, że w takim razie te fragmenty, których nie umiemy wytłumaczyć, powstały przez Stworzyciela (designer) nic nie zmienia. Bo nawet jeśli jakiś Byt tak ustawił warunki początkowe, że po tych 13 miliardach lat na naszej plancie musiało powstać życie - to nie mamy żadnych podstaw by zakładać, że ten Projektant miał w tym jakiś większy cel niż pusta zabawa. Albo eksperyment naukowy. Albo może jest złym i szalonym świato-tworzycielem. Nie mamy pojęcia.

Nie wspominając już o tym, że nie mamy żadnego powodu zakładać, że Wielki Projektant nie umiał tak dobrać warunków początkowych i praw fizyki, by ewolucja - taka jaką opisują podręczniki biologii - mogła po prostu zajść bez łamania zasad prawdopodobieństwa. Moim skromnym zdaniem to by tylko świadczyło o większej mądrości Stworzyciela!

Ale - i tu jest sprawa trzecia. Jeśli ten byt, któremu przypiszemy zaprojektowanie naszego świata, nazwiemy Projektantem (designerem), to automatycznie nasz mózg - to się dzieje samo, i to jest swoją drogą jedna z iluzji przed którymi Mo Gawdad we wcześniejszych częściach książki ostrzegał - przypisuje Projektantowi te wszystkie cechy, które nam się ze słowem “projektant” kojarzą: inteligentny, mądry, działający z celem, mający plan, chcący osiągnąć jakiś efekt. Nazwalibyśmy go Matką - i automatycznie będziemy przekonani, że roztacza nad nami rodzicielską opiekę. Nazwijmy go Potworem Spagetti i … Nie. Lepiej nie nazywajmy go Potworem Spagetti.

Widzicie, jak to się wszystko ładnie układa? Po śmierci dziecka Mo potrzebował poczucia, że w tym naszym świecie jest sens. Co prawda naukowcy coś mówili, że jesteśmy wytworem bezmyślnej ewolucji, ale Mo potrafił - bez podważania autorytetu naukowców! - pokazać, że w tej teorii jest miejsce na Projektanta, że nie można go wykluczyć. Nadał mu nazwę, która pozwalała mu przypisać inne pozytywne cechy (do tego już nie było żadnego uzasadnienia). Jednocześnie nie opowiedział się za żadną religią, wszystko to przedstawił jako czysto matematyczne rozważania o prawdopodobieństwie - więc nie miał poczucia, że popiera jakieś nienaukowe wierzenia.

To wszystko jest bardzo prawdziwe. Większość z nas potrzebuje wiary, że nasze życie ma sens. W sumie nawet nie wiem, jak bez takiej wiary da się żyć. Dla większości z nas istnieją  bardzo ważne sprawy, które można jedynie przyjąć na wiarę. Ja sama mam trochę takich przekonań, które wiem, że nie mają dowodu - a są dla mnie bardzo istotne, bez nich byłoby mi ciężko. Autor pokazuje nam po prostu jak on sobie radzi z tą kwestią.

A na koniec coś, czego nie bardzo umiem ubrać w słowa. Ta wiara, że ludzie są nieszczęśliwi, bo brakuje im książki z instrukcjami. To przekonanie, że pogodziło się z rzeczywistością i znalazło pokój, bo znalazło się sposób, by zrównoważyć śmierć bliskiej osoby uszczęśliwieniem miliona osób (taki jest plan stojący za tą książką: jeśli uda się dużej ilości ludzi pokazać, jak być szczęśliwymi, to śmierć Alego nabierze sensu). Dziesiątki stron przekonujących, że “Prawda, cała prawda i tylko prawda”, zakończonych wyznaniem, że tylko dzięki wierze w coś, czego szanse są minimalne można przetrwać. Sprawdzone sposoby na pogodzenie się z rzeczywistością i oddanie kontroli - w książce, która jest próbą przejęcia kontroli nad poziomem niesprawiedliwości na świecie. Czy ta filozofia życiowa naprawdę działa?

Ale nie oszukujmy się. Mój wpis tutaj przeczyta 10 osób (z czego połowa przerwie w połowie). Książkę Mo, Google [X] Chieff Officera (o czym okładka sumiennie nam przypomina) przeczyta kilka milionów ludzi. Na pewno części z nich jakiś fragment pomoże. Takie życie.

Komentarze

Popularne posty

Strona na facebooku